Jedyny w Polsce serwis o internecie, prywatności i mediach społecznościowych pisany z perspektywy technologicznej, humanistycznej i społecznej

Suwerenność informacyjna obecnie wyraża się coraz częściej w rosnącej tendencji wielu państw do kontroli nad przepływem informacji, szerzej – nad kształtem infosfery.

W 2016 roku rosyjski analityk Władimir Strukow opublikował esej pt. Cyfrowy konserwatyzm. Pojęcie, które stworzył oddaje kierunek polityki technologicznej, którą w ostatnich latach przyjmuje coraz więcej państw świadomych konieczności budowy własnej suwerenności informacyjnej. Próbom rozciągnięcia szerszej kontroli nad infosferą towarzyszy powstawanie nowych regulacji prawnych w dziedzinach takich, jak m.in. cyberbezpieczeństwo oraz przetwarzanie danych osobowych obywateli korzystających z usług cyfrowych.

Polityka konstruowana przez państwo dążące do budowy tak rozumianej suwerenności informacyjnej może wykorzystywać i wykorzystuje zazwyczaj złożone systemy zależności, strukturę własności podmiotów tworzących cyfrową infosferę, a także dane do tworzenia środków służących zarządzaniu jej oddziaływaniem społecznym zarówno na poziomie danego państwa, jak i poza jego granicami.

Narzędziem budowy kontroli nad infosferą są również algorytmy, które stanowią fundament działania współczesnych platform internetowych oraz dystrybucji treści w ich ramach.

Brak neutralności algorytmicznej – ciche zagrożenie

Od pewnego czasu środowisko badawcze skupione wokół problematyki analiz wpływu rozwoju nowych technologii na społeczeństwo zaczęło dostrzegać skalę problemu, jaki stanowi brak neutralności systemów algorytmicznych wykorzystywanych m.in. w branży reklamy cyfrowej oraz na wyżej wzmiankowanych platformach internetowych.

Technologia – a zatem i algorytmy decydujące w oparciu o dane o tym, jakie treści informacyjne powinny nas zainteresować, jak i o tym, czy otrzymamy kredyt konsumencki – została stworzona przez człowieka i przeznaczona do konkretnych zastosowań, tak cywilnych, jak i militarnych. Odzwierciedla zatem jego wartości, a także cele, które chce osiągnąć w swoich działaniach.

Na przykład w dążeniu do władzy.

W początku listopada tego roku międzynarodowa komisja powołana do walki z dezinformacją podczas zebrania w Dublinie wezwała wielkie firmy technologiczne do zaprzestania emisji reklam politycznych bazujących na mikrotargetowaniu, które mogą zawierać nieprawdziwe, bądź mylące dla odbiorcy stwierdzenia.

W obliczu zaplanowanych na 2020 rok wyborów prezydenckich w USA operatorzy największych platform społecznościowych i internetowych, takich jak Facebook, Google czy Twitter w ciągu ostatnich tygodni ogłosili szereg decyzji, które zamierzają podjąć w związku z zapobieżeniem powtórnego wystąpienia problemów, jakie pojawiły się podczas ostatniej kampanii wyborczej w wyścigu na fotel prezydenta USA, który ostatecznie wygrał republikański kandydat Donald Trump.

W wyniku prac dochodzeniowych po wyborach ujawniono, że rosyjska ingerencja w wybory istotnie miała miejsce, a operacje informacyjne – dezinformacja, rozpowszechnianie na platformach internetowych fałszywych wiadomości oraz wykorzystywanie płatnej promocji przekazu do popularyzacji treści podburzających zaufanie do procesów demokratycznych są faktycznie istniejącymi zjawiskami, nie zaś wymysłem publicystów.

Gdzie kończą się suwerenność i demokracja?

Facebook zapowiedział, że przed wyborami w 2020 roku nie będzie moderował treści reklam politycznych pod kątem weryfikacji zawartych w nich twierdzeń. Twitter, krytykując decyzję koncernu zapowiedział, że całkowicie zablokuje w swoim serwisie możliwość emisji reklam politycznych i promocji komunikatów dotyczących kwestii światopoglądowych.

Unijna komisarz ds. konkurencji Margrethe Vestager, której wypowiedzi cytował m.in. dziennik „Financial Times” i agencja Reutera oceniła, że jeśli wiadomości kierowane są do użytkowników Facebooka celowo w oparciu o dane dotyczące np. konkretnych cech osobowości bądź preferencji konsumenckich, „to już nie jest demokracja”.

W kontekście mikrotargetowania reklam politycznych wypowiedź Vestager brzmi jak ponure nawiązanie do ujawnionej w 2018 roku afery brytyjskiej firmy konsultingowej Cambridge Analytica, która w nieuprawniony sposób pozyskała z Facebooka dane 87 mln użytkowników tego serwisu, a następnie wykorzystała je właśnie do celów marketingu politycznego, m.in. na potrzeby kampanii prezydenckiej Trumpa.

Ale wypowiedź Vestager skłania również do pytania: gdzie kończy się demokracja…? Cytowana w filmie dokumentalnym The Great Hack obnażającym kulisy sprawy Cambridge Analytica, była dyrektorka ds. rozwoju biznesowego tej firmy Brittany Kaiser mówi, że wystarczy dokładna analiza psychologii osób nieprzekonanych do głosowania na danego kandydata w stanach, w których „ brakuje najwięcej głosów”, by algorytmy pozwoliły do nich dotrzeć i przeciągnąć ich na „właściwą” stronę. Stronę, która płaci.

Wybory wkrótce odbędą się jednak nie tylko w USA, ale także w Wielkiej Brytanii podzielonej dyskusją o brexicie. Brytyjski organ ochrony danych osobowych (Information Commissioner’s Office, ICO) uruchomił ostatnio kampanię informacyjną, która przed wyborami zaplanowanymi na 12 grudnia ma uświadamiać mieszkańców Zjednoczonego Królestwa na temat tego, jak przetwarzane mogą być ich dane na potrzeby marketingu politycznego. Integralną częścią działań edukacyjnych ma być unaocznienie społeczeństwu ciemnej strony internetowej analityki i wskazanie, do jakich nadużyć mogą posłużyć dane generowane przez użytkowników codziennie w mediach społecznościowych.

W przeszłości brytyjski organ prowadził już kilka postępowań wyjaśniających, które miały pomóc w walce z nieprawidłowościami w wykorzystaniu danych obywateli przez działające na Wyspach partie polityczne. Przeprowadzono także szczegółowe audyty oraz stworzono wstępną wersję kodeksu dobrych praktyk, których przestrzegania urząd po konsultacjach wymagać będzie od aktorów brytyjskiej sceny politycznej.

Promowanie nieprawdy w ramach kampanii w własnych wypowiedziach kandydata publikowanych na Facebooku czy należącym do niego Instagramie nie jest jednak najgorszym, co może przytrafić się demokracji i suwerenności informacyjnej.

Dezinformacja i inne operacje informacyjne

Operacje informacyjne Rosji, w które kraj ten angażował się jak pisałam wcześniej już w poprzednim rozdaniu prezydenckim w USA, polegały – I polegają nadal – na pogłębianiu podziałów społecznych i podburzaniu zaufania do instytucji państwa oraz jego demokratycznych procesów. Na celowniku znajdują się jednak nie tylko Stany Zjednoczone. Pod koniec października Facebook informował, że usunął sieć powiązanych z Federacją Rosyjską fałszywych profili, grup i kont na Instagramie, które wywierały wpływ na debatę polityczną m.in. w Kamerunie, Mozambiku, Sudanie i Libii. Działania sponsorować miał znany rosyjski finansista Jewgienij Prigożin. Na reklamę w najpopularniejszym na świecie serwisie społecznościowym w ramach operacji wydano około 77 tys. dolarów.

Zarówno organy amerykańskie, jak i unijne od dawna wskazują, że podobne działania stanowią znaczące zagrożenie dla suwerenności informacyjnej oraz bezpieczeństwa. W 2015 roku w Europejskiej Służbie Działań Zewnętrznych powołano grupę zadaniową East StratCom. Zaledwie rok później przyjęto wspólne unijne ramy dla walki z zagrożeniami hybrydowymi, w tym – z wojną informacyjną.

Platformy internetowe, które stanowią znaczącą część cyfrowej infosfery, zobowiązane zostały do aktywnego włączenia się w działania przeciwko tym zagrożeniom. W październiku ubiegłego roku największe firmy internetowe – Facebook, Google, Twitter a także Mozilla zobowiązały się do przestrzegania kodeksu samoregulacyjnego zaproponowanego kilka miesięcy wcześniej przez Komisję Europejską.

Od tego czasu firmy składają KE cykliczne sprawozdania na temat swoich postępów w wywiązywaniu się z obowiązków walki z dezinformacją i innymi zagrożeniami na swoich platformach. –Unijne organy oceniają jednak, że mimo widocznego postępu działania te nie mogą być uznane za wystarczające.

Rozwiązaniem, które UE może zaproponować w przypadku braku wystarczających działań w ramach samoregulacji platform, może być powstanie prawa regulującego ich obowiązki na poziomie całego bloku. Proces tworzenia takiej regulacji będzie jednak bardzo czasochłonny i nie może być rozumiany jako rozwiązanie doraźne. Rzeczywistość procesów demokratycznych w krajach Unii Europejskiej, ale również w innych regionach świata oraz oddziaływanie sfery informacyjnej na społeczeństwo leży w innym horyzoncie czasowym, niż powolne tryby organów regulacyjnych. Tworzone naprędce prawo ma natomiast to do siebie, że często pozostawia luki do działania tym, którzy doświadczenie zdążyli już zdobyć na cyfrowym Dzikim Zachodzie i nawet w świecie pozornych ograniczeń poradzą sobie doskonale.

Tymczasem, algorytmy platform internetowych pozostają ich najpilniej strzeżoną tajemnicą.

Praga, 11 listopada 2019

***

Powyższy tekst pierwotnie miał ukazać się w szóstym numerze kwartalnika „Res Publica Nowa” poświęconym suwerenności. Do publikacji nie doszło ze względu na różnicę zdań pomiędzy mną – autorką – a Redakcją dotyczącą wydźwięku ideowego tekstu, który w publikowanym tu kształcie nie spełnił oczekiwań Redakcji.

// Gosia Fraser Więcej wpisów

Analityczka prywatności i cyberbezpieczeństwa, dziennikarka technologiczna. Interesuje się problematyką przemian społecznych w dziedzinie nowych technologii i psychologią mediów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *