Jedyny w Polsce serwis o internecie, prywatności i mediach społecznościowych pisany z perspektywy technologicznej, humanistycznej i społecznej

Niedługo w ławach Komisji Europejskiej zasiądzie nowa drużyna pod przewodnictwem byłej niemieckiej minister sprawiedliwości Ursuli von der Leyen. Przed Unią Europejską stoi szereg wyzwań, przy których nowe, świeże spojrzenie może okazać się niezwykle pomocne. Ochrona przed możliwym spowolnieniem gospodarczym i zwiększenie wpływu całego Bloku w obliczu rosnącej pozycji Chin i coraz śmielszej polityki zagranicznej Rosji, a także napięć, które powstały na linii Waszyngton-Pekin to główne punkty programu na kolejną kadencję – czas niepewności i nieprzewidywalnego rozwoju wypadków na arenie geopolitycznej.

Sektor nowych technologii z roku na rok odgrywa w gospodarce światowej coraz większą rolę. Firmy z Doliny Krzemowej, które kilka lat temu chętnie postrzegaliśmy przez pryzmat opowieści założycielskich ich szefów związanych z rzucaniem college’u i siedzeniem w garażu z grupą kolegów tworzą dziś prawdziwe imperium biznesowe. Podobna struktura przez ostatnie lata powstawała na Dalekim Wschodzie – chiński koncern Alibaba to dziś prawdziwa potęga.

Ameryka to jednak miejsce, w którym zlokalizowane jest 15 z 20 najwyżej wycenianych firm na świecie (w Europie znajduje się jedna). Unia Europejska – choć coraz silniejsza, jeśli chodzi o rozwój nowych technologii – obecnie broni swojego przyczółka wykorzystując do tego m.in. regulacje antytrustowe.

Unia Europejska a walka o równowagę na rynku

W marcu tego roku Google zostało ukarane przez KE grzywną w wysokości 1,5 mld euro za nadużywanie swojej pozycji rynkowej i dławienie konkurencji na rynku reklamy cyfrowej. Kilka miesięcy wcześniej – w lipcu 2018 roku – koncern został natomiast ukarany grzywną w wysokości 4,3 mld euro w związku z procederem, który KE określiła jako wykorzystywanie dominującej pozycji na rynku oprogramowania dla smartfonów (chodzi o system Android) do tego, by jak najszerzej dystrybuować swoje aplikacje mobilne. Dochodzenie w tej sprawie trwało ponad trzy lata.

Europejskie firmy – takie jak Spotify – zaczęły zwracać się do Komisji Europejskiej z prośbą, by zajęła się analizą innych przypadków możliwych nadużyć antytrustowych, na przykład tych, których miałoby dopuścić się Apple poprzez wykorzystywanie swojego zamkniętego systemu dystrybucji oprogramowania do budowania nieuczciwej przewagi nad konkurencją.

Problem branży technologicznej? Prywatność, nie konkurencja

Każdy z nas wielokrotnie zetknął się już zapewne ze stwierdzeniem, że dane to ropa naftowa naszych czasów. W miarę postępu badań i prac nad rozwojem sztucznej inteligencji, która staje się coraz bardziej obecna w wielu dziedzinach naszego życia, zapotrzebowanie na dane rośnie (tak samo, jak ich wartość). Big Data to nieoceniony składnik dzisiejszej gospodarki, kluczowy w niemalże wszystkich dziedzinach – od zarządzania miejskiego (inteligentne miasta) i analityki marketingowej (sprzedaż, nie tylko w internecie), przez politykę (dane o wyborcach i marketing polityczny na nich oparty), aż po prognozy finansowe i działalność sektora ochrony zdrowia.

Gromadzenie danych odbywa się jednak przy bardzo dużej i wciąż nieuświadomionej przez większą część społeczeństwa ingerencji w naszą prywatność. Problemy, które tu się rodzą to nie tylko kwestie wycieków danych i zagrożeń wynikających z aktywności hakerów, ale też kwestie tego, do kogo nasze dane należą i kto powinien czerpać zyski z ich przetwarzania.

Kwestia ta – gdyby została uregulowana przez prawo na poziomie Unii Europejskiej – mogłaby, podobnie jak GDPR, czy też jego polska wersja – ułomne RODO – wyznaczyć pewien standard dla świata, stać się dobrym przykładem (tak jak to miało ostatnio miejsce w przypadku Indii, które mocno inspirują się europejskimi regulacjami ochrony danych osobowych).

Tym, co wyróżnia GDPR spośród innych regulacji dotyczących prywatności na świecie, jest to, że fundamentalnym założeniem tego prawa jest przekonanie iż mamy prawo do kontroli swoich danych. Możemy żądać dostępu do nich, możemy je modyfikować, wreszcie – możemy wnosić o ich usunięcie z rejestrów czy baz podmiotów, które je przetwarzają, a tym samym określać, kto ma prawo do ich przetwarzania.

Europejskie regulacje szansą na nowe rozdanie

Obecnie Apple, Microsoft, Amazon, Google i Facebook rocznie zarabiają ponad 150 mld dolarów. Liczne skandale związane z niewłaściwymi praktykami dotyczącymi ochrony prywatności użytkowników, postępowania antytrustowe i szereg innych nadużyć (jak m.in. oskarżenia wobec topowych menedżerów Google’a związane z molestowaniem seksualnym) to fakty, które jednak nie wpływają na decyzje konsumentów – wciąż korzystamy z usług tych koncernów, gdyż nie ma dla nich alternatywy.

Sytuacja ta nie zmieni się. Europa nie stworzy w rok czy nawet kilka lat ekosystemu firm, które mogłyby rzucić wyzwanie gigantom z Doliny Krzemowej. Może jednak wprowadzić szereg usprawnień regulacyjnych, które sprawią, że zasady panujące w świecie cyfrowym będą odrobinę bardziej partnerskie i korzystniejsze dla użytkowników.

To konsument powinien być królem rynku – nie firma, choćby najprężniej działająca i najbardziej etyczna (kwestie etyki biznesu technologicznego to z pewnością materiał na oddzielny tekst, niejeden zresztą). Dane, które generujemy i przekazujemy firmom technologicznym dostarczającym nam nasze ulubione usługi cyfrowe nie powinny natomiast być „darmowe”. Koncept wynagrodzenia za dane pojawił się już w dyskusjach w niektórych kręgach specjalistycznych – i pozostaje mieć nadzieję, że przedostanie się wkrótce do szerszej świadomości.

Cyfrowa demokracja i czas problemów

Sen z powiek europejskim politykom zarówno na poziomie instytucji unijnych, jak i w poszczególnych krajach członkowskich spędzają również kwestie związane z wykorzystywaniem platform internetowych do szerzenia mowy nienawiści oraz operacji informacyjnych, które mogą mieć wpływ na przebieg demokratycznych wyborów.

Obecnie liderem w tworzeniu najmądrzejszych regulacji, które mają być odpowiedzią na problem, jest Wielka Brytania, wciąż jeszcze pozostająca w Unii Europejskiej (i oby to się jednak nie zmieniło). Prawo, które ma zostać wdrożone do września przyszłego roku, odpowiedzialność za treści przekłada na platformy społecznościowe. Jeśli YouTube, Instagram czy Facebook nie wykażą się odpowiednio szybkimi reakcjami np. na pojawiające się tam materiały zachęcające do popełnienia zamachu terrorystycznego – mogą doczekać się kary finansowej w wysokości nawet do pięciu procent globalnych rocznych obrotów, a także decyzji o zawieszeniu działalności.

W tym miejscu dochodzimy jednak do pytania, czy problem nadużyć wolności, jaką daje internet, da się rozwiązać ograniczaniem jej? Dla wielu moderacja ma znamiona cenzury, powstają pytania o to, jakie treści powinny być dopuszczalne na platformach, a także kto powinien być odpowiedzialny za ich klasyfikację – pracownicy firm technologicznych? A jeśli tak – jakimi kompetencjami zawodowymi i etycznymi powinni oni dysponować?

To również pole do dyskusji na poziomie UE, która może okazać się strukturą bardziej władną do stworzenia spójnych ram etyki wspólnych dla wszystkich państw członkowskich, niż jakikolwiek koncern z Doliny Krzemowej.

Czy dyskusje na te tematy podejmie nowa ekipa tworząca Komisję Europejską? Czy ślad na nich odciśnie zmieniający się kształt Europy oraz rosnąca fala populizmu, czy też – jako wspólnota 27 krajów – zachowamy zdrowy rozsądek i damy pierwszeństwo przede wszystkim dobru użytkowników? Oczywiście następna kadencja pokaże.

// Gosia Fraser Więcej wpisów

Analityczka prywatności i cyberbezpieczeństwa, dziennikarka technologiczna. Interesuje się problematyką przemian społecznych w dziedzinie nowych technologii i psychologią mediów.

Jedna odpowiedź do “Europa potrzebuje własnej polityki technologicznej”

  1. kacap pisze:

    Przecież germańcy mają własny system Linux openSUSE xD.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *