Jedyny w Polsce serwis o internecie, prywatności i mediach społecznościowych pisany z perspektywy technologicznej, humanistycznej i społecznej

Tego wieczoru nigdzie nie wyszedłeś. Jesteś już dawno po pracy, wykonałeś wszystkie czynności, które tego dnia wymagały twojej uwagi, ale jeszcze jest zbyt wcześnie, aby iść spać. Nie potrafisz znaleźć sobie miejsca. Trochę z nudów, a trochę z wewnętrznej potrzeby postanawiasz wejść na stronę dla dorosłych. Masz swoją ulubioną, czujesz się na niej bezpiecznie. Po chwili siedzisz już wygodnie przed monitorem i włączasz film, który otwarłeś w oknie przeglądarki w trybie incognito. Bo przecież dbasz o swoją prywatność i chcesz być pewien, że o tym, co oglądasz wiesz tylko ty sam.

Tak jednak nie jest. Tryb incognito nie sprawia, że stajesz się anonimowy w sieci. To jedynie narzędzie, dzięki któremu historia przeglądanych stron nie jest przechowywana na twoim komputerze. Strony internetowe, które odwiedzasz w trybie incognito i zainstalowane na nich trackery wciąż mogą rejestrować, co robisz na danej witrynie podczas swojej wizyty. Zgromadzone o tobie dane (w tym te bardzo wrażliwe, o twoich preferencjach seksualnych) nie tylko posłużą do budowy twojego profilu wykorzystywanego m.in. na potrzeby reklamy cyfrowej. Mogą również być w nieskończoność sprzedawane różnym podmiotom bez cienia twojej świadomości.

Czy przeczytałeś kiedyś politykę prywatności swojej ulubionej strony porno…?

93 proc. stron pornograficznych przekazuje dane użytkowników dalej

Autorzy badania, w ramach którego przeanalizowano ponad 22 tys. internetowych stron pornograficznych oceniają, że zdecydowana większość z nich przekazuje dane użytkowników stronom trzecim. Trackery działające na tych stronach w większości należą do określonej, zamkniętej grupy dużych firm. Polityki prywatności informujące użytkowników o tym, co dzieje się z danymi gromadzonymi na ich temat zawiera natomiast jedynie 17 proc. witryn i przeważnie dokumenty te są napisane językiem, który zrozumiały jest jedynie dla niedużego grona osób – twierdzą akademicy z Carnegie Mellon i uniwersytetu w Pensylwanii.

44,9 proc. przebadanych w ramach eksperymentu stron zdaniem badaczy może ujawniać na temat użytkowników dane takie, jak ich płeć, orientacja seksualna czy preferencje erotyczne (na podstawie wybieranych do obejrzenia treści). Akademicy zwracają uwagę, że tak szeroko zakrojony proceder przekazywania przez witryny pornograficzne danych na temat użytkowników do zewnętrznych podmiotów (np. reklamodawców czy brokerów danych) ma bardzo znaczące i szkodliwe konsekwencje bezpieczeństwa i autonomii całych grup społecznych, zwłaszcza w krajach, które zwyczajowo bądź prawnie regulują kwestie seksualności i płciowości w społeczeństwie.

>> Posłuchaj odcinka podcastu Privacy Talk o śledzeniu użytkowników internetu na potrzeby reklamy

Kto śledzi użytkowników stron dla dorosłych?

Akademicy oceniają, że użytkownicy przeanalizowanych w ramach badania stron śledzeni są przez 230 różnych podmiotów zewnętrznych. Trackery do nich należące zawarte na stronach internetowych z pornografią można podzielić na dwie grupy. Pierwsza z nich to te, które kontrolują podmioty zajmujące się śledzeniem użytkowników sieci w ogóle. Tu – w przypadku 74 proc. przeanalizowanych witryn, na pierwszym miejscu znalazło się Google, na drugim – z 24 proc. – Oracle, a na trzecim – z trackerami na 10 proc. stron – Facebook. Druga grupa to podmioty, które kontrolują trackery działające jedynie na stronach porno. W 40 proc. witryn wykryto narzędzia śledzące należące do hiszpańskiej firmy exoClick, w 11 proc. – do holenderskiego podmiotu JuicyAds, a w 9 proc. – również do pochodzącego z Holandii EroAdvertising.

Pliki cookie pochodzące od zewnętrznych podmiotów zawierało 79 proc. przebadanych stron. Przeciętnie, na każdej z takich witryn można było zlokalizować dziewięć „ciasteczek”. Jednocześnie, jak podkreślają naukowcy, jedynie 17 proc. wszystkich witryn korzystało z bezpiecznego połączenia, uniemożliwiającego potencjalnym zainteresowanym przechwycenie przesyłanych danych (takich jak np. te służące do logowania na koncie użytkownika).

Diagram przedstawiający przepływ danych użytkowników ze stron pornograficznych do firm kontrolujących trackery

Ryzyka i zagrożenia

Proceder przekazywania danych o użytkownikach stron internetowych z pornografią podmiotom zewnętrznym stwarza nie tylko dyskomfort, ale i wiele ryzyk oraz potencjalnych zagrożeń. Ujawnienie informacji o tym, co oglądamy podczas wizyt na stronach dla dorosłych może zostać wykorzystane przeciwko nam w ramach szantażu (np. w przypadku osób publicznych), albo prześladowania (np. w przypadku osób, które należą do mniejszości seksualnych bądź mają niszowe, choć mieszczące się w granicach norm społecznych preferencje seksualne).

W krajach, gdzie władza narzuca silne normy obyczajowe obywatelom, ujawnienie informacji na temat naszych preferencji seksualnych może nieść ze sobą szczególne ryzyko. Osoba, której dane w takim przypadku zostają upublicznione, może znaleźć się na marginesie społecznym jako nienormatywna czy anormalna i być z tego powodu dyskryminowana (w miejscu pracy, nauki, zamieszkania).

// Gosia Fraser Więcej wpisów

Analityczka prywatności i cyberbezpieczeństwa, dziennikarka technologiczna. Interesuje się problematyką przemian społecznych w dziedzinie nowych technologii i psychologią mediów.

2 odpowiedzi na “Ile wiedzą o nas strony z pornografią”

  1. G pisze:

    Nie otwarłeś, tylko otworzyłeś.
    A poza tym szkoda, że nie otworzyłaś, zamiast otworzyłeś.

  2. riadf pisze:

    Akademicy to są w Rosji. W Polsce nazywa się ich naukowcami lub badaczami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *