Jedyny w Polsce serwis o internecie, prywatności i mediach społecznościowych pisany z perspektywy technologicznej, humanistycznej i społecznej

Smartfony są dziś nieodłącznymi towarzyszami w wielu dziedzinach życia większości z nas. Używamy ich w charakterze biznesowym, przed ich ekranami spędzamy czas wolny (na coraz większych wyświetlaczach grając, oglądając, czytając), bardzo często – z użyciem zainstalowanych na telefonach aplikacji poszukujemy miłości. Telefonom powierzamy swoje największe sekrety, swoje najintymniejsze dane. Jak i kiedy doszło do tego, że smartfon stał się przedłużeniem naszego „ja”?

Pierwszy iPhone został zaprezentowany przez legendarnego szefa Apple’a Steve’a Jobsa w początku 2007 roku, a zatem ponad 12 lat temu. Mały, czarny telefon komórkowy wyposażony w możliwość przesyłu danych GPRS i EDGE stał się istotnie początkiem nowej ery. Symbolicznie, bo prace nad prototypowymi modelami smartfonów toczyły się już wcześniej. Pierwszy telefon z systemem Android natomiast wszedł na rynek w 2008 roku (model HTC Dream).

Telefony komórkowe spełniające standard smartfonów zaczęły być popularne krótko po roku 2010. Dużym zainteresowaniem na rynku cieszyły się wówczas urządzenia BlackBerry (RIM) oraz wszelkiego rodzaju telefony z Androidem. Wkrótce popularność zyskały sobie również urządzenia Apple’a, które jeszcze niedawno stanowiły marzenie każdego użytkownika chcącego stać się nabywcą produktów „premium”.

Dlaczego smartfony podbiły serca 2,7 mld użytkowników na całym świecie?

Jak postanowiliśmy ułatwić sobie życie

Pierwszym telefonem, który zawierał w sobie preinstalowane aplikacje, w założeniu mające ułatwić życie użytkownikom (przede wszystkim biznesmenom), był Simon zaprojektowany przez IBM. Pojawił się w 1994 roku i był wówczas niezwykle innowacyjny – zawierał w sobie kalkulator, kalendarz, notatnik, szkicownik, a nawet program do obsługi poczty.

W późniejszych latach przyszły wszystkie oparte na Javie programy, które służyły radości coraz większego grona użytkowników (minigry takie jak słynny Snake, edytory dzwonków, tapet, programy do obsługi list rzeczy do zrobienia…) i powoli przenosiły ciężar wielu codziennych czynności, które do tej pory większość ludzi obsługiwała z użyciem papierowych notesów, adresowników, wizytowników i kalendarzy do jednego, mieszczącego się w pokrowcu przy pasku bądź pojemnej kieszeni, urządzenia. Niesamowity luksus.

Sklep z oprogramowaniem Apple’a – App Store – narodził się w 2008 roku. W ciągu kilku pierwszych dni jego istnienia użytkownicy pobrali na swoje iPhone’y około 10 mln aplikacji. Konkurencyjny sklep Google Play z oprogramowaniem na telefony z Androidem wszedł na rynek dopiero cztery lata później i powstał z połączenia kilku innych, istniejących wcześniej kanałów dystrybucji cyfrowych treści (np. Android Market).

There’s an app for that, czyli wyuczona bezradność

Nie ma dziś w życiu praktycznie ani jednego pola, które nie zostało uwzględnione przez twórców aplikacji mobilnych. Od czasu do czasu w mediach wybuchają dużą popularnością materiały, które pokazują kilku(nasto)letnie dzieci, nie potrafiące prawidłowo korzystać z tradycyjnej, papierowej mapy bądź próbujące „przesuwać” strony w papierowej książce tak, jak robią to na tablecie czy telefonie.

Aplikacje, które zostały stworzone z myślą o zarządzaniu naszą pracą, to dzisiaj oczywistość. Złożone narzędzia mające pomagać w zwiększeniu produktywności, katalogowaniu dokumentów, mierzeniu czasu spędzanego na wykonywaniu poszczególnych zadań to must-have u każdego nowoczesnego pracownika i przedsiębiorcy.

Oprogramowanie, które ma pomagać w utrzymaniu zdrowego stylu życia – liczniki kalorii, kroków, wszelkiego rodzaju aplikacje fitness, przypominające o ćwiczeniach i piciu wody, nierzadko sprzedające obietnicę idealnego ciała w ciągu zaledwie trzydziestu dni od rozpoczęcia korzystania z danego programu – to z kolei obowiązkowa pozycja na liście zainstalowanych tytułów znakomitej większości z nas, przerażonej powszechnością chorób cywilizacyjnych i perspektywą utraty młodości, która przecież miała trwać wiecznie.

Są także aplikacje do medytacji, modlitwy, mierzenia snu, mające pomagać w zachowaniu zdrowia psychicznego – bo coraz rzadziej potrafimy trzymać się dzielnie i wytrwać w świecie, który pędzi do przodu. Można wymieniać w nieskończoność istotne i mniej istotne programy, z małym przystankiem na odnotowanie istnienia całego segmentu aplikacji do obsługi tak intymnych dziedzin życia, jak własne życie seksualne.

Czy oznacza to, że nie potrafimy już rozwiązać podstawowych problemów swojego życia analogowo, bez smartfona? Potraktujmy to jako pytanie skierowane do każdego z Państwa.

Relacja użytkownika z telefonem ma dziś charakter intymny

Wyuczona bezradność i przełożenie punktu ciężkości naszego życia na smartfon leżący w kieszeni to jednak tylko jeden aspekt problemu. Wielu z nas przeraża perspektywa choćby chwilowego oddania telefonu do ręki komuś obcemu. Wchodzimy w coraz bardziej intymne związki z nowymi technologiami,  przede wszystkim dzięki coraz większej popularności urządzeń tzw. Internetu Rzeczy (Internet of Things). W obsłudze codziennego życia pomagają nam już nie tylko aplikacje, ale i całe mnóstwo elektronicznych gadżetów połączonych z internetem. Z biegiem czasu wydaje się, że coraz bardziej zaczynamy postrzegać je jako przedłużenie nas samych. Identyfikujemy się z tym, co zawierają nasze telefony. W pewnym sensie są one tak osobiste, jak kiedyś niezwykle intymny przedmiot – papierowy terminarz. Urządzenia, a zwłaszcza smartfony, oraz aplikacje stały się elementem naszej osobowości, na poziomie jednostkowym i zbiorowym.

Nic dziwnego – z pomocą aplikacji i urządzeń generujemy coraz więcej danych, bardzo często nieświadomie. Warto zadać sobie w tym miejscu pytanie o to, jak wielu użytkowników smartfonów i innych inteligentnych sprzętów w ogóle zdaje sobie sprawę z tego, że korzystanie z tych rzeczy wiąże się z tworzeniem danych na własny temat?

Prywatność jako potrzeba i paradoks deficytu zaufania

Zważywszy na wszystko, co napisane powyżej, kwestie prywatności, które zyskały zainteresowanie opinii publicznej dosłownie w ciągu ostatnich kilku lat, zaczęły zajmować nas zbyt późno. Obecnie jako użytkownicy boimy się przede wszystkim nadużyć ze strony władzy, która kulturowo uplasowała się na pozycji podmiotu najbardziej zainteresowanego ingerencją w naszą sferę prywatną. To usypia czujność na zagrożenia ze strony podmiotów działających w sferze czysto rynkowej. W społeczeństwie wciąż relatywnie niewielka pozostaje świadomość tego, jak działają modele biznesowe wielkich koncernów technologicznych, które produkują elektroniczne gadżety bądź dostarczają usługi cyfrowe.

Jednocześnie boimy się innych zagrożeń, które widoczne są na pierwszych stronach gazet i w telewizji. Za szyfrowaną komunikacją ukrywają się terroryści i spiskowcy. Trudno przekonać przeciętnego odbiorcę tak sprofilowanych informacji, że szyfrowanie końcowe jest dobre i zwiększa również jego bezpieczeństwo.

Analiza całej sytuacji uwidacznia jednak jasno, że mamy do czynienia z bardzo dużym deficytem zaufania do demokracji i siebie nawzajem. Nadzór nad tym, co robią prywatne firmy z danymi użytkowników ich usług i produkowanych przez nie urządzeń w praktyce nie istnieje. Prawo, które uchwalane jest w tym zakresie, tworzone jest natomiast zbyt szybko.

W takim kontekście naruszenie prywatności – czy w wyniku żądania deszyfracji rozmów, czy też poprzez wyciek danych – to duży cios względem wolności i autonomii jednostki. Dostęp osób nieuprawnionych do danych na nasz temat ma tu nieco inny wydźwięk niż dostęp do urządzenia (np. podczas dochodzenia przez organy ścigania), ale to wciąż ta sama problematyka.

Regulacja kwestii dostępu do danych z urządzeń elektronicznych (o której pisaliśmy np. tutaj w kontekście Niemiec) ze strony państwa jak i podmiotów komercyjnych musi być bardzo silnie umocowana przez prawo. Nie można tej kwestii opierać na emocjonalnych przesłankach i manipulacjach psychologicznych dokonywanych na zbiorowości (elektoratach).

Trzeba też odpowiedzieć sobie na pytanie – na ile zdewaluowała się koncepcja tego, co może dać nam prawo i państwo rozumiane jako zbiorowość społeczna? Czy nie jest tak, że z powodu niezadowolenia i rozczarowania współczesną formą społeczeństwa, w której płacimy podatki lecz rzadko kiedy przekładają się one na realnie odczuwalne przez jednostkę zmiany, zdecydowaliśmy się złożyć nasze życie w rękach wielkich firm?

Opublikowano w: Internet
Więcej na podobne tematy: , , , ,
// Gosia Fraser Więcej wpisów

Analityczka prywatności i cyberbezpieczeństwa, dziennikarka technologiczna. Interesuje się problematyką przemian społecznych w dziedzinie nowych technologii i psychologią mediów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *