Aniserowicz: wypalenie zawodowe może być dobre

Niedawno w serwisie opublikowaliśmy tekst poświęcony tematowi wypalenia zawodowego i depresji u twórców internetowych. Artykuł wzbudził duże zainteresowanie wśród Czytelników i tego samego dnia umówiliśmy się na rozmowę z Maciejem Aniserowiczem, programistą, autorem bloga, vloga i podcastów DevTalk , które można znaleźć m.in. na jego stronie Devstyle.pl i na YouTube. Wywiad z nim możecie przeczytać poniżej. Z pewnością zainteresuje każdego, kogo fascynują nowe technologie, a w szczególności twórców, programistów czy specjalistów – rozmawiamy bowiem o problemach uniwersalnych dla ludzi współczesnej branży technologicznej i dla hiperpołączonego świata, w którym dziś wszyscy pracujemy, żyjemy i czujemy. 

Małgorzata Fraser: temat wypalenia zawodowego i depresji w zawodach kreatywnych i technologicznych jest przez media bardzo często pomijany. Społeczność internetowa natomiast zakrywa go i promuje pozorną cukierkowość świata, o której mówiłeś u siebie we vlogu. Depresja jest dzisiaj niemodna, bo media społecznościowe są kolorowe i wymuszają od nas udawanie perfekcji. Gdzie Twoim zdaniem jest dzisiaj miejsce na depresję wśród osób pracujących w nowych technologiach?

Maciej Aniserowicz: miejsce osób chorych na depresję jest w ich własnej sypialni. Z tego co widzę jednak zaczyna się o tym mówić i kiedy nagrałem swoje odcinki poświęcone depresji, to dostałem później linki do innych twórców mówiących o tym samym problemie. Nie wiedziałem wcześniej, że takie treści pojawiają się w internecie. Dostałem też dużo informacji zwrotnych od odbiorców, którzy ucieszyli się, że poruszyłem ten temat i opowiedziałem o swoich doświadczeniach, bo poczuli, że nie są samotni.

Myślę też, że u mnie to jednak nie była taka prawdziwa depresja, tylko raczej stany depresyjne. Z samą chorobą miałem bardzo bliski i bezpośredni kontakt jako „osoba obok”, stąd wiem, jak wygląda. U mnie natomiast to było raczej zbliżenie się do niej, dzięki czemu pomyślałem sobie, jak wygląda świat dla kogoś, kto cierpi na depresję i dla kogo wszystko jest sto razy gorsze niż to, co ja czułem mając bardzo złe dwa miesiące.

MF: czy możliwość opowiedzenia o tym wszystkim światu, który Ciebie otacza – Twojej żonie, Twoim odbiorcom, coś w Tobie zmieniła?

MA: powiedzenie żonie tak. Mieliśmy długą rozmowę na ten temat, bardzo mi ona pomogła. Ale powiedzenie światu… Jak nagrywałem, to było mi już dużo lepiej. Po prostu opowiedziałem o tym, jak wcześniej było. Wtedy, kiedy nie byłem w stanie nagrać odcinka. Zdarzało się tak, że nawet w styczniu wstawałem, brałem do ręki telefon, mówiłem „cześć, wracamy do vlogowania” a potem po trzech czy czterech godzinach kasowałem to co było nagrane i wiedziałem, że coś jest nie tak, bo nigdy wcześniej takie rzeczy nie miały miejsca.

MF: dochodzimy więc do momentu, kiedy idziemy na autopilocie do pracy, mówimy wszystkim, że wszystko jest dobrze i radzimy sobie. Mamy smutną minę, mamy gorszy dzień – mówimy, ale ostatecznie wszystko gra. Mamy narzeczonych, żony, mężów, rodziców, mieszkanie, zarobki powyżej średniej krajowej, a jednak z jakiegoś tajemniczego powodu coś nie gra, coś nas dręczy w naszym życiu… zazwyczaj tak wygląda schemat. Powiedz mi, kiedy Ty u siebie poczułeś, że coś jest nie tak? Co było tym czynnikiem wyzwalającym, który sprawił że dowiedziałeś się i zrozumiałeś, iż coś u Ciebie nie działa?

MA: wrócę jeszcze do tego co powiedziałaś – że niby wszystko masz, ale czegoś brakuje. To taki paradoks – nie ma depresji w krajach trzeciego świata, ona jest właśnie tam, gdzie wszystko mamy. Ona się wtedy pojawia…

MF: … choroba cywilizacyjna krajów rozwiniętych…

MA: … tak. Od czego u mnie się zaczęło? Właściwie chyba od życia w trybie „entrepreneura”, którym żyję od trzech lat i mam tak, że raz w roku robię coś dużego, angażuję się w to stuprocentowo i to trwa przez trzy miesiące, po których jest zjazd. Tym razem to był ogromny zjazd, który trwał o wiele dłużej niż zwykle i udało mi się chyba dostrzec, dlaczego tak się stało.

Poza sukcesem, który wtedy odniosłem poczułem, że to jest za mało i że w takim razie ja w przyszłym roku muszę zrobić pięć razy więcej. I to było to – że ja ciągle muszę, muszę. To było chyba najgorsze. Że nie potrafię powiedzieć: „jest zajebiście, jest okej”, tylko cały czas jest niewystarczająco. Zarazem dostałem wtedy uczulenia na wszystkie teksty motywacyjne i grupy wsparcia, które cały czas popychają się do przełamywania barier i wychodzenia z własnej strefy komfortu, chociaż sam wymyślałem takie teksty przez lata. Widzę już, że to nie jest jedyna droga i często źródło takiego zrywu u ludzi do bycia produktywnym, efektywnym jest samo w sobie złe. Zauważyłem, że sam kilkanaście lat temu zacząłem nagle robić bardzo dużo różnych rzeczy – i to było chyba po pierwsze z pogardy dla siebie, że jestem takim leniem, obibokiem, więc muszę pokazać samemu sobie, że umiem. To było takie zarabianie się, żeby nie myśleć o własnej niedoskonałości.

MF: z pewnością kojarzysz Gary’ego Vaynerchuka. Facet jest guru wszelkich motywatorów. Od sześciu lat w różnych swoich rozmowach demistyfikuję tę postać i tłumaczę ludziom, którzy go podziwiają, że gloryfikowana przez niego postawa struggle porn nigdzie nie prowadzi poza depresją, wypaleniem zawodowym i utratą dobrych relacji rodzinnych oraz towarzyskich. Mam wrażenie, że my jako branża technologiczna na pewnym etapie się wtłoczyliśmy w chory kult pracy. Co o tym sądzisz?

MA: tak, tak, tak. Ja się wywodzę ze środowiska programistycznego i w szczególności tam to obserwowałem przez lata, sam brałem udział w takim wyścigu kto mniej śpi, kto więcej robi…

MF: … zwłaszcza jak Ci leci streak na GitHubie i siedzisz w jakimś open source’owym projekcie…

MA: … to jest straszne. Gary chociaż zachęca żeby to robić dla siebie, a w branży technologicznej niestety często jest tak, że robimy to dla kogoś, na czyjś rachunek, co w ogóle jest bez sensu.

MF: Kiedy kreujesz markę osobistą i prowadzisz własną działalność, to myślę, że zagrożenie jest gdzie indziej. W pewnym momencie łapiesz się na tym, że ciągle jesteś online, robisz coś, aby utrzymywać swoją aktywność w internecie. Zastanawiam się od pewnego czasu, czy internet, w którym spędzamy czas pozornie dla rozrywki nie sprawia, że wszyscy jesteśmy w pracy nawet wtedy, kiedy w niej nie jesteśmy.

MA: tak, zdecydowanie. Ja u siebie zauważyłem takie całkowite uzależnienie, co mnie zdziwiło. Przez wiele lat wydawało mi się, że ja to wszystko mam pod kontrolą, te sprawy technologiczne, media społecznościowe i tak dalej. W ubiegłym roku okazało się jednak, że miesiącami nie mogłem się zabrać do konkretnej roboty, którą sobie wymyśliłem i zacząłem analizować, gdzie ja ten czas spędzam. Nie miałem aplikacji monitorujących to, gdzie się znajduję bądź jaka strona jest otwarta w mojej przeglądarce, ale zauważyłem, że mam odruchy bezwarunkowe.

Otwieram komputer i od razu palce mi same lecą po klawiaturze: Facebook, Twitter, Wykop, LinkedIn i tak dalej. I to było faktycznie straszne, jak sobie to uświadomiłem. Potem poczytałem książki o tym jak pracować w skupieniu. Jest taka fajna książka „Deep Work”, która zachęca bardzo do tego, aby albo wykasować te wszystkie internetowe profile, albo kontrolować je tak, żeby podczas prawdziwej pracy wyłączyć internet. Ja tak zacząłem robić. Jeździłem na wieś do takiego stuletniego domu, gdzie internetu nie ma i żeby go mieć, to muszę włączyć u siebie mobilny w telefonie, do niego się podpiąć i to wszystko strasznie wolno działa. Tam zauważyłem, jak bardzo byłem uzależniony od internetu i jak bardzo dobrze praca mi idzie, kiedy go nie ma.

A to, że cały czas staramy się kreować coś, to też prawda. W sumie żyję też z internetu, więc byłem cały czas przekonany że muszę być online i bardzo wielką ulgę poczułem, jak przez grudzień i styczeń nie byłem w sieci prawie dwa miesiące i nic się nie stało złego.

MF: nic nie wybuchło.

MA: tak. Świat się kręci dalej. Sporo osób napisało do mnie z pytaniem co się dzieje, ale to było z troską i nie „dlaczego ty nic nie tworzysz tutaj dla nas a my tak czekamy, bez ciebie życie nie ma sensu”, tylko bardziej były to przyjacielskie zapytania o to, gdzie się podziałem, skoro cały czas tak dużo rzeczy robiłem, a nagle przestałem. Po prostu zobaczyłem trochę z dystansu, że ja nie jestem tak bardzo ważny jak mi się wydawało i to mi pozwoliło uporządkować moje myślenie o tym, jak ważna jest moja praca. Zobaczyłem, że ona nie jest wcale tak bardzo ważna, jak mi się wydawało.

Maciej Aniserowicz. Źródło: devstyle.pl

MF: a powiedz mi, czy masz może poczucie, że ten okres odłączenia coś w twoim życiu poprawił mentalnie? Czy poczułeś się przez to silniejszy?

MA: o tak. Mnie się teraz wydaje, że teraz jestem dwa poziomy do góry, jeśli chodzi o bycie człowiekiem, niż jeszcze rok temu. Bardzo dużo rzeczy zrozumiałem, i siebie zrozumiałem trochę bardziej i wierzę też w to, co niektórzy mówią, że nie ma sensu – że co cię nie zabije, to cię wzmocni.

Mam wrażenie, że przeczołgałem się przez jakiś tunel pełen błota i po drugiej stronie wstałem – jest lepiej, niż było. Nie żałuję tego, że było ciężko. Nawet w trakcie tego złego okresu zacząłem myśleć, że to jest po coś i że to jest jakieś doświadczenie. Że widocznie tak miało być. Przeczytałem ciekawą książkę o lęku i tam było napisane, że to musi być trudne i musi boleć. Że warto spojrzeć w siebie, czy przez ostatnie miesiące nie było przypadkiem sygnałów ostrzegawczych. I patrzę: faktycznie były. I co zrobiłem? Zignorowałem. I musiało mi w końcu przywalić, bo inaczej dalej bym ignorował, więc… dużo miałem refleksji i dużo zrozumiałem.

MF: a zanim przyszedł ten okres zatrzymania się i refleksji, który Cię wzmocnił i który faktycznie pozwolił Ci przejść na ten kolejny poziom, to czy miałeś duże problemy z odpoczynkiem? Czy też pojawiały się wyrzuty sumienia „muszę cisnąć więcej”?

MA: wyrzuty sumienia to cały czas, non-stop, nawet jak siedziałem i cisnąłem więcej, to były wyrzuty sumienia że jeszcze nie wystarczająco bardzo dociskam. Jeśli chodzi o odpoczynek, to tak, miałem taki okres bardzo mocnego zainteresowania wszystkimi tematami związanymi z produktywnością, i wchłonąłem to wszystko jak gąbka i faktycznie super mi to wychodziło. Nawet jeździłem z własnymi prezentacjami jak Gary Vee o tym jak być produktywnym. Teraz za to przyszła refleksja: no i co z tego, że tak dużo udaje nam się robić? Refleksja, że nie żyjemy tylko po to, aby nieustannie robić, robić robić.

MF: … bo potem się okazuje, że przychodzi wypalenie zawodowe. Co to takiego jest?

MA: u mnie wypalenie zawodowe to była sekunda. Pamiętam, że siedziałem w fotelu w którym zresztą teraz nawet siedzę i poczułem że ja dłużej tego nie mogę robić, nie mogę dłużej programować. To był dla mnie szok. Na pewno były jakieś sygnały ostrzegawcze, ale to było moje jedyne hobby, moja pasja, coś z czego byłem dumny i tak siedzę, siedzę i nagle tak czuję, że jeszcze trochę i się zrzygam po prostu. To była masakra.

I po pierwsze tak pomyślałem – jakie to jest straszne, bo przecież ja to powinienem kochać i wielbić jak jeszcze minutę temu, a tu się okazuje, że jednak nie. I co dalej? Czy jest jednak możliwe, że ja będę sobie żył bez utrzymywania się z programowania, co mi się zawsze wydawało nierealne?

I wtedy po raz pierwszy zakwestionowałem coś, co uważałem że jest niezmienne. Tę moją tożsamość programisty. Od tamtego czasu kwestionuję bardzo wiele rzeczy.

MF: i tak zostałeś emerytowanym programistą, jak sam siebie określasz.

MA: tak. Tak, teraz jestem nim, tak. Kupiłem sobie kiedyś taką książkę, która mówi że wypalenie zawodowe to jest najlepsze, co ci się może w życiu przytrafić. Jak ja bym wtedy dorwał autorkę tej książki, to by wióry leciały…

MF: … no właśnie, aktualnie mam taką myśl. Opowiedz mi, dlaczego wypalenie zawodowe to jest super sprawa?

MA: Bo może prowadzić do zmiany myślenia o sobie i otaczającym świecie. I do takiej kreatywności – bo jednak skądś ten chlebek trzeba brać. Jeśli nie stąd, to skąd? Chyba byłem pierwszą osobą techniczną, która zaczęła żyć z bloga i jak to ogłosiłem, to wszyscy się pukali w czoło. To był czas, kiedy programiście za tekst sponsorowany się płaciło trzy, cztery stówy. A ja postanowiłem, że się z tego utrzymam. I nie dość, że się utrzymałem, to jeszcze sobie kupiłem sportową furę w pierwszym roku.

Od tamtej pory po pierwsze stawki współprac z firmami poszły mocno w górę, po drugie – zobaczyłem, że to wcale nie jest najlepsza droga i o wiele lepiej jest wydawać własne produkty i na nich dobrze zarabiać. I przy okazji nie warto się przepracowywać – bo w ubiegłym roku zrozumiałem że jest mi bardzo ciężko i bardzo źle, czuję się przepracowany i zdecydowałem, że weekendy mam własne z rodziną ale chciałbym mieć też czas dla siebie – i postanowiłem, że w środy nie pracuję. Okazało się, że nie dość, iż faktycznie zacząłem pracować mniej, to jeszcze robiłem przedtem bardzo wiele rzeczy, których wcale robić nie muszę.

MF: co byś doradził jako starszy doświadczeniem kolega osobom, które są na podobnym etapie i zbliżają się do momentu, kiedy wszystko w życiu się rozsypuje zaraz będzie kryzys? Na co powinniśmy zwracać uwagę, czego unikać?

MA: zdecydowanie uważać na przepracowanie i mieć jakieś hobby inne niż praca. Ja nie miałem nigdy. Ciągle szukałem, ale zawsze okazywało się, że to jest nie to, że jedyne co jest dla mnie interesujące to programowanie. Otaczałem się jedynie ludźmi z tej branży myśląc, że wszyscy inni to debile, bo nie rozumieją na przykład jak działa kompilator. To doprowadziło do chwili, w której obracałem się cały czas non-stop w jednym środowisku z jednej branży w rozmowach na jeden temat i po jakimś czasie to zaczęło być chyba bardzo nużące.

Pytasz co bym powiedział innym, sobie z przeszłości, we wszystkich złych etapach mojego życia, których było trochę? Powiedziałbym: słuchaj, będzie dobrze. I to tyle. Nie może być tak, że jest cały czas świetnie, bo byśmy tego dobrego czasu nie doceniali. I co do tych wszystkich roześmianych twarzyczek z Instagrama: oni też mają złe chwile. Po prostu ich nie pokazują.

 

1 komentarz: “Aniserowicz: wypalenie zawodowe może być dobre

  1. Ale to nie była depresja, jedynie przemęczenie, zwykłe zakwasy, jak z przetrenowania. Tryska Pan życiową energią, która jak reflektor wali po oczach z każdego zdania. Niemniej problem przetrenowania i zwykłego psychicznego BHP pozostaje. Bo ludzie z różnych powodów lubią się zagłuszać. Jedni telewizją, inni piwem albo wódą, innym do tego celu służy praca, i to niezależnie od zawodu. Monokultury prowadzą do wyjałowienia lub do przenawożenia i ziemia w obu przypadkach przestaje rodzić… A stare przysłowie zaleca, by nie kłaść wszystkich jaj do jednego koszyka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close